Od 75 lat samochody z logo skorpiona przyzwyczaiły nas do podrasowanych silników spalinowych. Ale teraz, zgodnie z tendencją na rynku europejskim (i nie tylko) nawet egzotyczne marki nie widząc innego wyjścia przygotowują superauta o napędzie elektrycznym. Najmniejszym tego typu pojazdem i oczywiście odpowiednio tańszym, skromniejszym, jest miejski Abarth 500e, bezpośrednio bazujący na najnowszym wydaniu fiatowskiej pięćsetki, a zawieszeniowo na dotychczasowych Abarthach 500. Nic dziwnego, że auto prosi się o równą nawierzchnię, a jeśli komuś przyjdzie pokonać wyboje, dowie się dlaczego. Zresztą każdy sportowo przygotowany samochód ma tę samą ‘wadę’, ale coś za coś – za to nie pochyla się na zakrętach i jeździ jak przyzwoity gokart. Przy czym nie można zapominać o sporej masie elektryka, w tym przypadku wynoszącej blisko 1400 kg, bo na śliskiej nawierzchni może ona dać o sobie znać. Moc 155 KM (235 Nm) płynie na przednie 18-calowe koła (205/40). Sprint do setki trwa 9 sekund, przy czym w rzeczywistości, w tak małym samochodzie takie przyspieszenie naprawdę robi wrażenie.

Jak przystało na nowoczesne auto sportowe przewidziano 3 tryby jazdy: Turismo, Scorpion Street oraz Scorpion Track. W tym ostatnim wyłączone zostają wszelkie systemy ‘duszące’ sportową jazdę, a tym samym musimy liczyć na własne umiejętności. Ale jak sobie radzić ze sportową jazdą, skoro w przednionapędowym Abarthcie nie zastosowano mechanicznego hamulca ręcznego? W trosce o zużycie energii prędkość jazdy ograniczono do 155 kmh. A’propos jazdy, gdy odbierałem samochód, komputer pokazywał 100-procentowe naładowanie akumulatora i zasięg 220 km. Nie od dziś wiadomo, że okres zimowy nie sprzyja pokonywaniu rekordowo długich dystansów. Temperatura przez kilka dni (w tym dwie noce pod chmurką) wahała się od -1 do -7 stopni C. Po przejechaniu zaledwie 134 km po mieście, gdzie przecież często aktywowane jest intensywne hamowanie generatorem, zasięg spadł z 220 do 21 km – czyli o 199 km. Jakby nie patrzeć jest to słaby wynik, bo mniej więcej po pokonaniu 150 km musimy się już rozglądać za ładowarką.

Wnętrze jest w zasadzie ok., pomijając fakt, że w każdym 2-drzwiowym pojeździe wsiadanie na tylne siedzenia jest bardziej uciążliwe niż w 4-drzwiowym. Głęboko wyprofilowane fotele są wygodne i dobrze utrzymują ciało na zakrętach, ale zabierają więcej miejsca niż zwykłe, więc układ 2+2 funkcjonuje tylko przy kierowcy o niskim wzroście. Gdy wsiądzie długonogi, trudno jest się komukolwiek pomieścić za nim, więc siła rzeczy powstaje układ 2+1. Rzecz która mnie negatywnie zaskoczyła, to pozostawienie ostrej krawędzi tworzywa sztucznego u góry wnęki w środkowej konsoli. Wyjmując coś z tej wnęki można sobie nieźle podrapać skórę na dłoni. Z kolei fajnie, że testowany egzemplarz wyposażono w przeszklony dach (z wysuwaną przesłoną). Nawet jeśli nie otwierany, to zawsze przyjemnie spojrzeć na niebo. Bagażnik jest raczej mały i zapewne to nikogo nie dziwi w autku miejskim.
Jeśli chodzi o wygląd, już przy pierwszym spojrzeniu widać, że auto dopieszczono pod względem aerodynamicznym i wizualnym. Pomijając piękny lazurowy kolor lakieru, uwagę zwraca bardzo nisko położony spojler, który łatwo zniszczyć o krawężnik, a w najlepszym przypadku zarysować. Jeśli ktoś zamierza sobie kupić jeszcze droższe superauto, musi przywyknąć do małego prześwitu (11 cm) i nisko umieszczonego ospojlerowania.

Duże brawa dla stylistów nowej 500-ki za świetny design oraz interpretację świateł. Nawiązując do dawnych pojedynczych reflektorów znaleźli oni ciekawą, nowoczesną ich formę. Ogólnie design Abartha 500e zasługuje na wyróżnienie.
Szkoda tylko, że marketingowcy zdecydowali się na zaporową cenę sięgającą blisko 190 tys. zł.
Wojciech Sierpowski, fot APR-foto i autor

Powiązane zdjęcia: