Po tygodniu spędzonym z Omodą E5, nadeszło kolejnych kilka dni z Omodą 5 benzynową. Nie po raz pierwszy testowaliśmy ten sam model lecz z innym układem napędowym. Obydwa te auta różnią się nie tylko napędem, ale również designem.
Teoretycznie rzecz biorąc, samochody o odmiennych silnikach mogłyby wyglądać identycznie, ale w przeważającej mierze projektantom chodzi właśnie o to, by już przy pierwszym spojrzeniu dało się odróżnić poszczególne wersje.
Co prawda mówi się, że odmiana benzynowa potrzebuje dużego wlotu powietrza, a elektryczna nie. Jeśli przypomnimy sobie twarze niektórych aut (Ford Sierra, Opel Calibra, VW Passat B3) okaże się, że zasysały powietrze wąskimi szczelinami albo wlotami wyciętymi w mało widocznym miejscu pod zderzakiem. Nastała jednak moda na wielkie, czasami nawet ponadwymiarowe grille, które tylko po części służą łapaniu powietrza, a w większej mierze celom designerskim – w tym ułatwianiu rozpoznania marki samochodu.
Chińskie firmy mają swoją specyficzną modę: wypełnienie ‘twarzy’ wzorem parametrycznym. Oczywiście nie każdemu musi ona odpowiadać. Ale warto doceniać, że znaleźli coś, co ich auta wyróżnia. Wyróżnia je jeszcze coś, otóż niezależnie od rodzaju nadwozia, napędu, segmentu, samochody koncernów chińskich są dobrze wyposażone. Dotyczy to systemów wspomagających kierowcę oraz zwiększających bezpieczeństwo jazdy, ale również szeroko pojętego komfortu i samopoczucia kierowcy oraz pasażerów. Mało tego, charakterystycznym zjawiskiem jest oferowanie minimalnej liczby wersji wyposażeniowych (na ogół jedna lub dwie) co upraszcza logistykę produkcji i dostaw, a w efekcie wpływa na cenę pojazdu.
Zdecydowana większość uwag co do wnętrza, wyrażonych w teście modelu E5 dotyczy również benzynowej Omody 5. Od razu powiedzmy ile ona kosztuje. Otóż za model bazowy Comfort trzeba zapłacić 109 900 zł, natomiast za bardzo bogato wyposażoną wersję Premium – 123 900 zł.
Z zewnątrz łatwo dostrzec, że w gruncie rzeczy chodzi o to samo nadwozie. Potwierdzają to też rozmiary jak i nasze pomiary. O ile E5 ma z przodu specyficzne poziome wybrzuszenie u góry; w ‘piątce’ zrezygnowano z niego, natomiast prawie cały przód pokrywa ozdobny wzór parametryczny, będący wlotem powietrza do komory silnikowej. Która z twarzy jest ładniejsza, nowocześniejsza? Zapewne każdy ma swoje zdanie na ten temat i nie ma sensu kogokolwiek korygować – zwłaszcza, że wygląd jest kwestią gustu. Boki i tyły nadwozi są identyczne, przy czym benzyniak ma inaczej ukształtowane dolne wykończenie tylnego pasa. Skoro jesteśmy przy tej części auta, w wersji benzynowej uchylna, a nawet wyjmowana podłoga bagażnika osadzona jest niżej, a kupując samochód możemy zamówić koło zapasowe. Wnętrze benzyniaka odpowiada elektrykowi, przy czym pojawił się w nim przycisk włączający lub wyłączający zapłon. Ponieważ po jeździe elektrykiem, w którym ta czynność została zautomatyzowana – wystarczyło tylko wsiąść, zapiąć pas bezpieczeństwa i wybrać bieg D lub R, w wersji benzynowej zapominałem wyłączyć zapłonu i dziwiłem się dlaczego auto nie chce się zamknąć. Oczywiście po chwili wszystko było jasne.
Jeśli chodzi o układ napędowy; również i w tym modelu w całości (za wyjątkiem zbiornika paliwa) znajdował się on z przodu. Silnik R4-1.6TGDI-147 KM (moment obrotowy 275 Nm, zmienne fazy rozrządu) poprzez przekładnię DCT7 napędzał przednie koła.
Nie da się ukryć, że w porównaniu z elektrykiem, praca silnika jest wyraźnie słyszalna w kabinie i odczuwalne są jego drgania. Ogólnie jazda benzyniakiem wydaje się nieporównywalnie mniej przyjemna niż elektrykiem. Niby sprint do setki trwa 10,1 s, ale auto słabo zbiera się z niskich obrotów silnika, gorzej reaguje na gwałtowne dodanie gazu. Prędkość maksymalną producent określił na 195 kmh. Zużycie paliwa nie jest mocną stroną Omody 5. Średnie wg producenta wynosi 7,0 l/100 km, ale jeśli ktoś porusza się na krótkich odcinkach, może być zaskoczony średnią ok 10 l/100 km. Co innego gdy porusza się jednostajnie na dłuższej trasie z umiarkowaną prędkością, wówczas może zejść nawet do 7-7,5 l/100 km.
Jeśli miałbym wyruszyć w daleką podróż np. do Genewy, Paryża albo do Rzymu, raczej bałbym się podróżować elektrykiem w obawie o komplikacje z ładowaniem. Kiedy odbierałem Omodę 5, komputer pokładowy wskazywał zasięg 688 km. To zdecydowanie więcej niż w elektryku (300-400 km), a poza tym, mimo postępu w szybkości ładowania, tankowanie trwa 5 a nie 35 minut. Ok, po pokonaniu kilkuset km i tak powinniśmy odpocząć, ale z obserwacji wynika, że nie lubimy jak ktoś albo coś zmusza nas do czekania. Z kolei jeśli eksploatujemy auto – jak to się mówi – wokół domu – czyli mamy blisko do pracy, zawozimy i przywozimy dzieci, albo jeździmy po zakupy, czyli kręcimy się na ekstremalnie krótkich odcinakach, a do tego mamy garaż i prostą ładowarkę, elektryk jest nie zastąpionym kompanem, nie wymagającym jeżdżenia na stację benzynową.
Wojciech Sierpowski























