Zazwyczaj po kilku latach obecności auta na rynku przedstawiany jest model lekko odświeżony. W celu zachowania jak najniższych kosztów liftingu, zmiany na ogół obejmują łatwo wymienialne elementy nadwozia. Tak właśnie uczyniono z Oplem Astrą i już przy pierwszym spojrzeniu efekt jest zaskakujący – zwłaszcza gdy spojrzymy na wersję Sports Tourer o świetnych proporcjach i w tak atrakcyjnym zielonym kolorze, za sprawą którego nasze testowe auto pobudzało apetyt niczym świeża sałata.

Bardzo dobrze wypadło uatrakcyjnienie wystroju całego przedniego pasa nadwozia. Wreszcie doczekaliśmy się widocznego logo Opla. O ile wcześniejsza czarna jego wersja była niemal niewidoczna na czarnym grillu, teraz nie dość że je powiększono, w jasnym kolorze stało się widoczne nawet z daleka, ale co ważniejsze, zostało podświetlone, więc już nie ma na co narzekać. W każdym razie stylistom należą się wielkie brawa za ożywienie charakterystycznego wzoru oplowskiej twarzy. Szkoda tylko, że nie dostrzegli co dzieje się z tyłu; tam pozostawiono czarne logo, które na zielonym lakierze nadal jest słabo widoczne.

Być może kontrowersje wzbudzają gigantyczne wyżłobieniami po bokach. Wydaje mi się, że sięgają one zbyt wysoko, bo stracono część głównego wygięcia pięknie ukształtowanej górnej części osłony zderzaka.

Choć wycięcia te wyglądają jak wnęki nagarniające powietrze do szczelin którymi jest ono doprowadzane do tarcz hamulcowych, w tym wydaniu nie ma tam przelotów, a więc nie są kurtynami powietrza. Jest to tylko czysto stylistyczny motyw, natomiast nie trudno sobie wyobrazić, że wraz z wprowadzeniem np. znacznie mocniejszej, usportowionej wersji OPC właśnie mogą tam być wycięte bardzo potrzebne szczeliny, którymi dotrze powietrze do ewentualnego intensywnego schładzania hamulców. Pozytywnie na wygląd całego auta wpływają sportowe 18-calowe felgi nazwane Pentagon, otoczone wyraźnie widoczną srebrną krawędzią obręczy.

W mojej ocenie dobrze dobrany wzór felg podkreśla precyzję konstrukcji i jej techniczne zaawansowanie. A jest co podkreślać, w końcu testowana wersja to jedna z dwóch dostępnych hybryd. Oprócz 196-konnej Plug-in Hybrid jest też wersja samoładująca się 1.2 Turbo Hybrid automatyczną przekładnią DCT6.

Jej 3-cylindrowy silnik dysponuje mocą 136 KM, elektryczny 21 KM, a całość – jak przecież umiemy liczyć – oddaje na przednie koła 145 KM. Przy masie 1454 kg auto przyspiesza w 9 s do 100 kmh i osiąga prędkość 210 kmh. Średnie zużycie paliwa wynosi ok 5 l/100 km. Przy zbiorniku paliwa 52 litry możemy uzyskać zasięg godny Sports Tourera. Możliwości załadunkowe też są niezłe: 597-1634 litry. Cena takiej przyjemności to 138 900 zł
Wojciech Sierpowski

Powiązane zdjęcia: